Książki rządzą – aby za zakrętem było znacznie więcej niż lustro

Arlington Park – same sobie gotujemy ten los

Napisany przez: MałGocha Książki Rządzą - lip• 02•12

Pyszna lektura.Apetycznie podana. Jak rzadko forma i treść pięknie współgrają.

I temat dla mnie aktualny. I oczywiście wzbudza mnóstwo moich refleksji, w większości gorzkiego smaku. Treść nie zaskakuje. Pięć kobiet, pięć domów, mnóstwo dzieci – i ogrom niespełnienia. Bieganie pomiędzy zaspokajaniem potrzeb dzieci a tęsknotą za osobistym spełnieniem. Pomiędzy aktywnością inną, niż  wypełnianie domowo-rodzinnych obowiązków a innym życiem, które toczy się gdzieś tam, obok. Fabuła, poza motywem dyskryminacji (rozmowa i figurka ucinania głowy czarnoskóremu) – nie zaskakuje.

Ale postacie, ich myśli, motywy, kipiące emocje – to wszystko aż się czuje pod własną skórą, czytając książkę.

Jestem wyznawczynią poglądu, że każdy człowiek sam kształtuje swoje życie. Od A do Z.  Jeżeli coś w naszym życiu nas uwiera – przyczyną nie są wszyscy oni tzn. system, rodzice i ich błędy wychowawcze czy mąż.

Jednak nie mogę, nawet wyznając taki pogląd, nie zgodzić się z autorką, Rachel Cusk. I z tym wszystkim, co zawarła, opisując pięknym, soczystym, obrazowym językiem na kartach Arlington Park. Sama autorka napisała książkę w 6. tygodni, gdy jej dwie córki miały odpowiednio cztery i pięć lat. Dzieliła się wtedy opieką nad nimi z mężem a dodatkowo na trzy godziny dziennie przychodziła opiekunka.

W jednym z wywiadów autorka, po bardzo zimnym, złośliwym i pełnym negatywnych głosów krytyki, przyjęciu Arlington Park, powiedziała:

One mnie tam nienawidzą. A wie pani, co je tak złości? Że to, co piszę, jest prawdą. Kiedy ludzie się tak wściekają, to oznacza tylko tyle, że się trafiło w czuły punkt. Wiedzą, że jest dokładnie tak, jak piszę, dlatego się tak bronią. Jeśli kobieta pisze: ‚Ta książka to gówno’, wiem, że mogłaby być bohaterką mojej książki.

Po co to wszystko robimy? Przecież możemy po prostu pracować, jak mężczyźni, przychodzić do domu, w którym zastaniemy wymyte, nakarmione o odpowiedniej porze i zdrowym jedzeniem dzieci, wysprzątany dom oraz ciepły obiad dla nas.

No właśnie. Zastaniemy?

Jakoś z obserwacji otoczenia i moich relacji z mężem, nie jestem o tym przekonana.

Więc dlaczego to wszystko robimy? Dlaczego tego nie przerwiemy, kiedy już czujemy się prawie uduszone?

W jednym z wywiadów autorka powiedziała – kiedy stajemy się matkami, to umieramy. I, w pewnym sensie tak jest

Jak określiła to jedna z bohaterek –  mąż zamordował mnie cztery lata temu, a druga, w innym kontekście, dodała: Nie miała zamiaru pichcić kolacji dla ośmiu osób ani też jej podawać. Nie chciała podsuwać masła ani sprzątać przystawek. Chciała żyć – naprawdę!

Może – jak pokazuje okładka, kluczem jest chęć stworzenia względnie dobrze funkcjonującego domu? A może rzeczywiście to tylko pusty stereotypy? Robimy tak, bo tak robiły nasze matki, babki, prababki itd.? I my tak robimy. A do tego wychowujemy naszych synów, aby taki stan rzeczy był dla nich w przyszłości naturalny?

Zamykamy się same w klatkach swoich powinności. Giniemy, tracąc cząsteczkę siebie każdego dnia pośród obiadów, pieluch i stosu brudnej bielizny. Przynajmniej dopóki mamy małe dzieci.

A może robimy tak, zaprogramowane biologicznie? Która z nas, z czystym sercem, bez żadnych wątpliwości może odpowiedzieć sobie – tak, założyłam rodzinę, mam męża i dzieci bo tak chciałam i chcę w 100%? Ja uczciwie, przed sobą przyznaję, że pewna nie jestem.

Książka, wbrew pozorom,  feministyczna nie jest. Dla mnie przynajmniej. Autorka nie oszczędza słów krytyki pod adresem kobiet.

Christine wyznawała pogląd, że mężczyzna to szorstkie stworzenie, o które kobieta ociera się, by zyskać gładkość. Facet powinien być chropawy, szorstki, konkretny, niedoskonały i gruboskórny – jak pień o chropowatej korze. Kontakt z mężczyzną powinien dawać uczucie oczyszczenia. (…) i dalej –  przy Domie czuła się jak nosorożec, który próbuje się drapać o łodygę stokrotki. 

Jak próbują sobie z tym radzić? Zwłaszcza, kiedy każda z nas jest inna (…) Każda żyje po swojemu? I tak naprawdę niewiele da się zrobić, trzeba jakoś po swojemu manewrować i nie myśleć za dużo. 

A może kluczem jest wniosek Christine – trzeba chronić to co wartościowe, równocześnie posuwając się naprzód? Trzeba pilnować tego, co się ma, zarazem czerpiąc z życia jak najwięcej?

Daję książce dosyć wysoką notę w moim rankingu – za język, za odczarowanie macierzyństwa, za mówienie wprost o problemach i za szukanie ich rozwiązań, pomimo. Za emocje i drobiazgowo skonstruowane wnętrze każdej z bohaterek. No i oczywiście za sam temat.

P.S.Sama autorka uznana została przez Magazyn Grant za jedną z najlepszych współczesnych pisarek angielskich. Kilkakrotnie nominowana do prestiżowych nagród literackich, jak Whitbread, Novel Award czy Nagroda Brookera.

Książka Arlington Park znalazła się wśród finalistek Orange Prize 2007, brytyjskiej nagrody dla najlepszej pisarki.

Tu znajdziesz interesujący wywiad z autorką. Myślę, że ważny dla pełnego odebrania poglądów autorki i samej książki http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53662,8642830,Nie_jestem_z_waszego_plemienia.html

Moja nota: 5.5/6

Komentarze

comments

You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. You can leave a response, or trackback from your own site.

5 Komentarzy(e)

  1. anna3101 pisze:

    Wygląda na ciekawą książkę, ale raczej nie sięgnę po nią, bo temat dzieci jest jednak dla mnie zupełnie obcy. Cieszę się natomiast, że jest podejmowany, bo mam wrażenie, że (szczególnie tutaj w Polsce) temat macierzyństwa jest „święty” i jest jakieś ogólne tabu powiedzenia wprost, że można sobie z tym nie radzić.

  2. Witaj Anno,
    też mam takie wrażenie. Na naszym podwórku macierzyństwo to chyba nadal zaczarowany, wspaniały krąg… chyba tylko kulturowy. W Polsce znam dwie dziewczyny, które odczarowują macierzyństwo – Agnieszka Chylińska i Sylwia Chutnik. Ta ostatnia rzeczywiście nawet o tym napisała książki. Ale Arlington Park polski nie jest a autorce i tak się nieźle oberwało. Więc może nie tylko – nadal, Polska?

  3. anna3101 pisze:

    W sumie to nie jest jedno jedyne tabu naszych czasów. I faktycznie, chyba nie tylko Polska, lecz w ogóle – cała kultura zachodnia. Mamy zbyt dużo tematów, o których mówić „nie wypada”. Śmierć, poważna choroba, seks – jakakolwiek próba poruszenia tematu poważnie, beż żarcików, bez udawania, że tego nie ma, natychmiast spotka się z ostracyzmem. Nie wolno też wychodzić poza standardy :( Jeżeli kobieta – to matka i żona, jeżeli mężczyzna – to bez pokazywania emocji, a życie to najlepiej żeby wyglądało tak: szkoła – studia – kariera – ślub – dzieci – wnuki – pogrzeb. Społeczeństwo nie za bardzo lubi tych, co próbują jakikolwiek kawałek łańcuszka pominąć. Jest to dla mnie bardzo smutne… Tak samo, jak brak akceptacji dla kobiet takich, jak Rachel Cusk.

  4. luiza pisze:

    Znam wiele kobiet, którym wmówiono, że jak wyszły za mąż to powinny mieć dzieci dla których macierzyństwo nie jest osobistym spełnieniem albo w ogóle nie mają i nigdy nie miały potrzeby bycia mamą. I teraz cierpią w tej roli i nikt tych kobiet nie rozumie i nikt ich nie wspiera. Pozostawione same sobie ze swoimi frustracjami i przekonaniem, że są złymi matkami…

    • Luizo – dziękuję Ci za komentarz. To też forma odczarowania macierzyństwa. Też uważam, że to nie jest tak, że każda
      kobieta z racji przynależności do płci ma automatycznie wbudowaną opcję dobra mama.

      To efekt socjalizacji. czasy się zmieniają, dziewczynki nie muszą się bawić różowymi kuchenkami i mopami (tylko)
      a chłopcy klockami i samochodami (tylko).

      Uderza mnie jednak jeden aspekt tego co piszesz.
      A napisałaś: wmówiono im, nikt ich nie wspiera (…), nikt ich nie rozumie.

      To jest słownictwo tzw. ofiary.
      Ktoś powiedział (nie pamiętam w tej chwili kto, wybacz), mniej więcej tak:
      być może nie ponosimy odpowiedzialności
      za to, w jakim miejscu się urodziliśmy i jacy się urodziliśmy ale ponosimy odpowiedzialność
      za to, aby to zmienić.

      I to odróżnia człowieka dorosłego – a więc też, takiego, który
      poza posiadaniem dowodu osobistego bierze odpowiedzialność za zmianę
      wszystkiego tego, co uwiera.
      I to po prostu zmienia. Nawet, gdy to boli.
      Nawet a przede wszystkim, gdy wymaga mnóstwa pracy nad sobą.

      I taka odpowiedzialność dla mnie – sprawia, że właśnie kobiety, którym
      wmówiono (bo np. tak były wychowane, do roli matki jako głównej roli życiowej)
      potrafią po pierwsze określić czego one same pragną, a potem idą drogą realizacji tego.
      Wychodzą z roli ofiary – która idzie drogą, do której zostały zaprogramowane.
      Prosto brzmi – ale pod spodem jest cały ogrom pracy. Trudnej, bolesnej czasem, mozolnej.
      I często pod wiatr.

      Ogromnie Ci polecam książkę W.W.DyerKieruj swoim życiem. Ogromnie.
      pozdrawiam serdecznie Małgorzata

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

CommentLuv badge